wtorek, 24 maja 2016

Najnowsze starocie

Ponad dwa tygodnie temu udało mi się odwiedzić targi staroci, na których nie wydałam wcale dużo, ale jednak wróciłam do domu z pełnymi siatami :-) . Miałam tego dnia niezłe szczęście, bo udało mi się kupić kilka gratów, za którymi już kiedyś się rozglądałam. Nabyłam: szklane bańki lekarskie, które nadadzą się do mieszania farb do decoupage, ręczny mikser (prawie taki, jaki miała moja babcia), tabliczkę pod kalendarz oraz metalową formę na babkę, a mój Luby zakupił stary, ale nadal działający budzik. Poniżej można podziwiać nasze cudeńka.


Bańki sprawdzają się też jako mini - wazoniki

U mojej babci używało się tylko takiego miksera lub trzepaczki

Udany zakup za kilkanaście złotych
Pierwszy raz spotkałam formę w tak cudnym kolorze


Jak widać starocie świetnie się komponują ze współczesnymi sprzętami




Nie mogę się już doczekać następnych targów. Oby znowu coś ciekawego się trafiło :-)

Pozdrawiam!

wtorek, 29 marca 2016

Po - wielkanocne migawki

O świętach Wielkiej Nocy myślałam już na początku lutego. Planowałam przygotowanie kilku postów w tym temacie: jeden o warsztatach, które prowadziłam z dziećmi, drugi poświęcony świątecznej wystawie w Izbie Regionalnej, trzeci o tradycjach wielkanocnych, no i oczywiście miałam zamiar zamieścić kilka słów i fotek związanych z dekoracjami, które pojawiły się w moim domu. Niestety, jak zwykle w moim przypadku zawiodła organizacja czasu, zabrakło też samozaparcia i konsekwencji, w związku z tym post wielkanocny pojawia się dopiero dzisiaj i w zasadzie jest to taka poświąteczna fotorelacja, do której obejrzenia zapraszam.


Jakieś  2 miesiące temu w markecie zakupiłam pieczątkę automatyczną z wymienną czcionką. Można zabawić się w zecera i ułożyć własny tekst. Jestem z tego nabytku zadowolona, jedyny minus to brak polskich znaków.

Na potrzeby warsztatów, które prowadziłam z dziećmi, zakupiłam również taką pieczęć :-)

Zajączków, motylków i kwiatków powstało setki.

Do tworzenia kartek wielkanocnych postanowiłam wykorzystać również paski, które powstały już po wycięciu elementów dziurkaczem. Myślałam, że dzieci nie będą tym zainteresowane, ale bardzo się pomyliłam. Kiedy wyciągnęłam z koperty te paski, w klasie dało się słyszeć jedno, głośne "WOW!".

Taką wyszywankę popełniłam z okazji tegorocznej Wielkanocy.

Trzy haftowane kartki oraz jajko i kwiaty są mojego autorstwa i wylądowały na wystawie w radlińskiej Izbie Regionalnej.
Piękny koszyczek również z wystawy.

Wianek kupiłam na kiermaszu z zamiarem sprezentowania go, więc zostało mi tylko zdjęcie, które w przyszłym roku posłuży do inspiracji.


Ten wianuszek popełniłam sama i nie jestem z niego zadowolona, ciągle mi czegoś w nim brakuje, ale nie wiem czego. Chyba przerobię go na wianek wiosenny ozdobiony szydełkowymi lub filcowymi kwiatami.

Filcowane jajka pochodzą z tego samego kiermaszu, co wianek z ptaszkami. Nie mogłam się im oprzeć.

Kurka dotarła do mnie z NETTO, który ostatnio często ma asortyment wyposażenia wnętrz w moim klimacie i na moją kieszeń ;-)

Zajęcza rodzinka i jajko częściowo ozdobione przeze mnie techniką decoupage, w której nadal raczkuję

No i jeszcze coś słodkiego na koniec sesji.

Szybko znikające pyszności.



Zapraszam na mój profil na Facebooku, bo tam jest jeszcze kilka fotografii z wystawy.

Dzięki za uwagę. Pozdrawiam już w pełni wiosennie!
Alebazi

poniedziałek, 29 lutego 2016

Pierwsza książkowa recenzja

Bardzo często na blogu odwołuję się do książek, które zainspirowały mnie do zrobienia wpisu, lub też z których korzystałam pisząc artykuł, a dziś zdecydowałam się przedstawić recenzję poradnika, który ostatnio nabyłam. Treść książki, jak najbardziej "skansenowa".

Publikacja ta to "Receptury z opactw i klasztorów. Zioła i domowe sposoby leczenia" wydana przez Dom Wydawniczy "Rafael" w 2013 r. Na stronie wydawnictwa w miejscu informacji o autorze możemy przeczytać, że to praca zbiorowa, jedna w rzeczywistości autor tutaj w ogóle nie został przywołany z nazwiska.
Pierwsza rzecz, która przykuła moją uwagę, to szata graficzna książki; jest po prostu przepiękna. Rysunek na okładce przedstawia stary notatnik, którego kartki są na brzegu związane sznurkiem, natomiast w środku większość jest stylizowana na kartki z zeszytu zapisane starannym pismem samego opata. Zachwycają mnie również ilustracje, zwłaszcza rysunki roślin - jak ze starego zielnika. Nacieszyć oczy będziecie mogli pod koniec strony, gdzie zamieszczę jeszcze kilka fotografii, a teraz przejdę do treści.
Książka ta składa się z pięciu rozdziałów. 
W pierwszym z nich, zatytułowanym "Fitoterapia" możemy zapoznać się z krótką historią ziołolecznictwa na świecie. Drugi rozdział: "Jak korzystać z ziół" informuje jak i kiedy należy zioła zbierać oraz suszyć; dowiemy się z niego również czym różni się nalewka ziołowa od maceratu, a czym napar od wywaru. Rozdział trzeci - "Ogród ziół podstawowych" posiada charakter zielnika, zawierającego opisy oraz właściwości 137 ziół uporządkowane w kolejności alfabetycznej. Wszystko oczywiście jest wzbogacone pięknymi rysunkami. W rozdziale czwartym noszącym tytuł "Napary i remedia zielarza" znajdziemy porady odnośnie tego jakie ziołowe kuracje pomogą nam na męczące nas dolegliwości. Wszystko jest spisane bardzo przejrzyście: dolegliwości, takie jak astma, bóle brzucha, zęba, łupież, rozstępy oraz wiele innych również zostały uporządkowane alfabetycznie, dzięki czemu poruszanie się po poradniku w celu odnalezienia odpowiedzi na nasze konkretne pytanie jest bardzo łatwe. Ostatni fragment książki: "Z klasztornego notatnika: zapiski mnichów" zawiera spis przepisów i propozycji na wykorzystanie nie tylko ziół, ale też wielu owoców i warzyw w celu poprawy zdrowia.
Z pewnością nie raz zajrzę do tego poradnika, aby podratować swoje zdrowie, jednak jednego mi tu brakuje. Biorąc pod uwagę fakt, że niniejsza książka zawiera recepty na walkę z chorobami, to moim zdaniem powinna być zaopatrzona w bibliografię, która informowałaby czytelnika z jakich konkretnie zapisków (oraz z jakiego czasu) dane przepisy pochodzą. Nie wiem, jak Wy, ale ja nawet przy stosowaniu kuracji ziołowych staram się zachować ostrożność i byłabym spokojniejsza gdybym wiedziała, że przedstawione recepty pochodzą z zapisków np. bonifratrów, którzy specjalizują się w ziołolecznictwie czy innego zakonu szpitalnickiego. Nie należę do osób wierzących, ale przyszło mi teraz do głowy przysłowie, że "strzeżonego, Pan Bóg strzeże".
Zapraszam do obejrzenia zdjęć wnętrza poradnika:

Jak widać "sznurek" biegnie też wewnątrz książki.
Kubeczek za chwilę będzie można zobaczyć w powiększeniu



Strona z rozdziału trzeciego: niby - zielnika




Jedna z moich nielicznych prac decoupage

Pozdrowienia i do zaś :-)

środa, 24 lutego 2016

"Pieprzno i szafranno..."

"Pieprzno i szafranno moja mości panno", czyli wpis o przyprawach (ujęcie historyczne, nie kulinarne), które nadają naszemu życiu smaczek ;-) oraz w paru słowach o apteczkach, które niegdyś miały nieco inną zawartość niż dziś.

Przyprawy najogólniej dzielimy na ziołowe (koperek, tymianek, bazylia, mięta, itp.), warzywne (cebula, czosnek, papryka, itp.) oraz korzenne (cynamon, gałka muszkatołowa, wanilia, kardamon i inne).  
Na polskich stołach przyprawy korzenne zagościły już w średniowieczu, ale oczywiście tylko w tych najbogatszych domach. Niektóre z przypraw były prawie tak drogie, jak złoto - np. szafran, który i dziś nie jest tani, ale również pieprz, którym w średniowieczu opłacano zasądzone grzywny.
Odkrycia geograficzne końca XV wieku spowodowały zwiększony napływ towarów egzotycznych. W XVI w. można mówić już o lawinie drogich przypraw, które zalewały stoły polskiej arystokracji, jednak temu napływowi nie towarzyszyły przepisy stosowania przypraw. Często o ilości i rodzaju dodawanych przypraw decydował po prostu snobizm; chęć pokazania swojej zamożności. W efekcie tego dla cudzoziemców, ale też dla podniebień naszych mało zamożnych rodaków, kuchnia XVI i XVII wiecznych dworów była zbyt ostra. Podobno Francuzi, którzy przybyli do Polski z Marią Ludwiką uważali potrawy polskie za niemożliwe do zjedzenia, a poza tym dziwili się też rozrzutności, która zmusza do używania w nadmiarze owych ingrediencji.
Co ciekawe, zanim przyprawy zostały docenione (a nawet przecenione) w kuchni, były stosowane jako afrodyzjaki i produkty typowo lecznicze. Z tego też powodu w polskich dworach przyprawy były trzymane w apteczkach. Były to małe pomieszczenia lub też zamykane szafy, szafki z dużą ilością półek i szufladek. Składowano tam i lekarstwa domowego wyrobu, i te kupione w aptece miejskiej lub od wędrownego sprzedawcy. Tam składowano wyżej wspomniane przyprawy (głównie te korzenne, ale też zioła), wódki, nalewki, wina, konfitury, powidła, smażoną skórkę z pomarańczy, a także słodycze - z tego też powodu Elżbieta Kowecka pisze w swojej książce o dwóch rodzajach apteczek: "pożytecznej" i "przyjemnej". Poza tym w głębi apteczki skrywano relikwie i medaliki oraz inne pamiątki przywożone z pielgrzymek.
Już kiedyś w jednym z wpisów TU umieściłam zdjęcie apteczki, a poniżej prezentuję fotografię  2 stron książki "Medycyna tradycyjna w Polsce" autorstwa Barbary Ogrodowskiej, na których również można podziwiać dawne apteczki. 


Poniżej rzut oka na książki, z których korzystałam przy pisaniu niniejszego artykułu:
Otwarta książka, w której znajduje się fotografia moździerzy to: "Tradycje polskiego stołu", poza tym zajrzałam też do publikacji "Przy polskim stole" K. Bockenheim. Wszystkie te książki są bardzo ciekawe i ładnie ilustrowane, więc zachęcam do ich lektury.

Przy okazji chciałabym Was zaprosić do odwiedzenia bloga Conchity, na którym znajdziecie zaprojektowane przez autorkę klimatyczne etykiety na słoiczki z przyprawami: etykiety.

Pozdrawiam serdecznie.
Alebazi


poniedziałek, 15 lutego 2016

Coś z natury

"Szlachetne zdrowie, nikt się nie dowie, jako smakujesz, aż się zepsujesz" - prawdę w tych słowach zawarł Jan Kochanowski. To właśnie "zepsute" zdrowie było przyczyną mojej absencji na blogu. Co prawda chora nie byłam ja, ale moja mama, jednak i na mnie jej stan zdrowia odbił się niekorzystnie: spadła mi odporność, nie mówiąc już o nadwątlonych nerwach.
Aby wzmocnić nieco system odpornościowy postanowiłam przygotować sobie miksturę, którą kurowałam się też w zeszłym roku.


Spory korzeń imbiru obrałam ze skórki, pocięłam na plasterki, a następnie przez 15-20 minut gotowałam na małym ogniu. Kiedy wywar trochę przestygł dodałam do niego sok z 1,5 cytryny oraz 2 łychy miodu. Całość zamknęłam w ciemnej butelce. Taki specyfik można pić do 3 razy dziennie, wlewając 2 łyżeczki tegoż płynu do kubka herbaty lub wody.


Osoby, które mają problem z nadkwasotą powinny stosować tą miksturę ostrożnie, ponieważ zarówno imbir, jak i miód mogą dodatkowo podrażniać żołądek. Właśnie dlatego ja moją kurację ograniczam do 2 dawek w ciągu dnia, a dodaję ten miodowo - imbirowo - cytrynowy napój do naparu z rumianku, który działa łagodząco na przewód pokarmowy.

Na pierwszym zdjęciu widnieje książka, którą ostatnio zaczęłam czytać. Co prawda podany przeze mnie przepis na babciny lek pochodzi z innego źródła, ale w tej publikacji jest również kilka ciekawych propozycji na wykorzystanie naturalnych specyfików do poprawy zdrowia. Może coś z tego wypróbuję, a wtedy z pewnością się tym z Wami podziele.

Przy okazji chciałabym wspomnieć o małym "przydasiu", a mianowicie o wyciskarce do cytrusów.

Moja wyciskarka jest oczywiście z białej ceramiki, bo jakże mogło by być inaczej?

Od kiedy jej używam, mam wrażenie, że sok z cytryn wyciskam do ostatniej kropelki, więc jeśli zastanawiacie się czy warto taki drobiazg kupić, to odpowiadam: warto.

Trzymajcie się w zdrowiu.
Pozdrawiam
Alebazi

niedziela, 20 grudnia 2015

Kiermaszy świątecznych czar

Czas przedświąteczny obfituje w kiermasz i jarmarki, na których można zakupić bożonarodzeniowe dekoracje, a także smakołyki. W ubiegłym tygodniu taki właśnie kiermasz odbył się w Izbie Regionalnej w Radlinie i towarzyszył otwarciu wystawy "Świąteczne zamieszanie". Na wystawie tej zaprezentowane zostały piękne ozdoby wykonane ręcznie przez uczestniczki projektu realizowanego przez Radlińskie Towarzystwo Kulturalne.
Poniżej mała fotorelacja:


Ten wianek przyciągał wzrok wszystkich odwiedzających, niestety nie był na sprzedaż

Może to i produkt seryjny, ale bardzo mnie zauroczył

Nowe życie zielonego swetra :-)


Cudowna alternatywa dla wieńca adwentowego. To  nie decoupage, choineczki na świecach są namalowane.

Dziękuję za uwagę oraz pozdrawiam świątecznie!